Zielony chłodnik z groszku, awokado i ogórka z miętą

Na upalne dni, gdy rzadko kiedy mamy ochotę nie tylko na zupę, ale nawet na obiad, idealnym rozwiązaniem są chłodniki – zimne, orzeźwiające, dodające energii zdrowe dania. Oprócz tradycyjnego chłodnika po litewsku, hiszpańskiego gazpacho czy chłodników ogórkowych, istnieje pewnie całe mnóstwo indywidualnych pomysłów na przeróżne warianty tej zupy. Dziś chciałabym się podzielić swoim autorskim przepisem na bardzo orzeźwiający, lekko słodkawy i bardzo zielony chłodnik z groszku, awokado i ogórka z miętą, skropiony sokiem z limonki.  Jeśli jednak nie przepadamy za chłodnikami, a spodobał nam się ten przepis, z powodzeniem możemy nie dolewać wody i zrobić z niego dip do chrupkich przekąsek. W każdej wersji smakuje wybornie!;)

SKŁADNIKI:

– opakowanie mrożonego groszku (tani i dobry dostaniemy TUTAJ)

– dojrzałe awokado

– ogórek zielony

– 200 g świeżych liści szpinaku (tanie i dobre dostaniemy TUTAJ)

– 0,5 doniczki świeżych oberwanych listków mięty

– 2 ząbki czosnku

– limonka

– sól himalajska

– pieprz ziołowy

– woda

PRZYGOTOWANIE:

Limonkę włożyć do miseczki z wrzątkiem. Groszek trochę rozmrozić i zmiksować (razem z lodem) na jednolitą masę w blenderze. Dodać obrane i pokrojone w kostkę awokado, ⅓ umytego, obranego i pokrojonego w kostkę zielonego ogórka, umyte liście szpinaku, umyte listki mięty, wyciśnięte ząbki czosnku, sól i pieprz. Dolać wodę na oko tak, żeby uzyskać odpowiadającą nam gęstość i doprawić do smaku. Pozostałe ⅔ umytego i obranego ogórka pokroić w drobniutką kostkę i wrzucić do garnka. Limonkę wyjąć z wrzątku, przekroić i wycisnąć z niej cały sok do naszego chłodnika, a potem wymieszać. Zalać chłodnikiem pokrojonego w kostkę ogórka i włożyć wszystko do lodówki. Podawać zimne ozdobione kroplą oliwy z oliwek i liściem mięty np. z grzankami crostini!;)

Reklamy

Burrito z batatami, kiełbasą i oscypkiem z dipem curry

Burrito jest doskonałym, prostym i szybkim do zrobienia daniem, które możemy przygotować w niezliczonej liczbie wariantów, w zależności od tego, co lubimy lub/i co mamy akurat pod ręką. Sama bardzo lubię połączenie batatów, dobrej kiełbasy i oscypka, więc polecam dziś takie właśnie danie – sprawdzi się idealnie na proszonych podwieczorkach, wszelkich piknikach, jako przystawka (możemy pokroić burrito w plastry) lub jako danie główne!;)

SKŁADNIKI:

BURRITO:

– puszka kukurydzy (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ)

– puszka fasoli czerwonej (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ)

– ok. 30 dag dobrej kiełbasy (polecam wiejską lub juhasa)

– 2 czerwone cebule

– 3 średnie bataty

– czerwona papryka

– 2 małe wędzone oscypki

– sól himalajska (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ)

– pieprz ziołowy

– gęsi smalec

tortille placki (tanie i dobre dostaniemy TUTAJ)

DIP CURRY:

– 4 łyżki jogurtu greckiego (tani i dobry dostaniemy TUTAJ)

– świeżo wyciśnięty ząbek czosnku

– szczypta curry

– szczypta słodkiej papryki

– szczypta suszonego imbiru

– szczypta cynamonu

– szczypta soli himalajskiej

PRZYGOTOWANIE:

Wszystkie składniki dipu wymieszać ze sobą na gładką, jednolitą masę. Bataty umyć, obrać, pokroić i gotować w lekko osolonej wodzie ok. 20 minut, aż będą zupełnie miękkie. Kiełbasę pokroić w kostkę i smażyć na smalcu z drobno posiekaną cebulą i papryką, od czasu do czasu mieszając, aż wszystkie składniki będą miękkie. Odcedzoną kukurydzę połączyć z odcedzoną fasolą, smażoną kiełbasą, cebulą i papryką, dodać rozgniecione tłuczkiem odcedzone gotowane bataty. Zetrzeć na tarce o drobnych oczkach oscypki i połączyć, wraz z solą do smaku i pieprzem z naszym farszem. Przygotować placki tortilli, położyć na połowie każdego farsz, zawinąć i piec ok 5 minut. Podawać z dipem!;)

Jó étvágyat! Fotorelacja z kulinarnej podróży po Budapeszcie

Już po pierwszym (bardzo niestety krótkim) pobycie w Budapeszcie wiedziałam, że muszę to miasto odwiedzić ponownie, bo jest magiczne, przepiękne, klimatyczne i pełne fantastycznych smakołyków! Co prawda opisałam już na blogu, co warto z Węgier przywieźć (wpis znajdziemy TUTAJ), jednak ani nie wyczerpałam do końca tematu, ani nie zdążyłam zwiedzić zbyt wielu restauracji i barów. Tym razem kupiłam właściwie to samo, o czym wspominałam w poprzednim wpisie, ale udało mi się namierzyć rewelacyjne miejsca, które dokładnie opiszę.
Pewną niespodzianką i nowością jest to, że zmontowałam cztery króciutkie filmiki (otwierając tym samym kanał na YT… a skoro kanał otwarty, to i nowe możliwości otwarte  😉 ), więc będę Wam mogła nie tylko napisać, ale także opowiedzieć, gdzie warto się wybrać!;)
Poniższy SPIS TREŚCI ułatwi nam poruszanie się po tekście również na skróty – po kliknięciu w nazwę każdego rozdziału, od razu się w nim znajdziemy!;)

      1. Gdzie zjeść najlepszego langosza?
      2. Gdzie zjeść wyborny pörkölt?
      3. Co kupić w Centralnej Hali Targowej?
      4. Gdzie zjeść najlepsze sushi?
      5. Gdzie wypić najlepszą mrożoną kawę?
      6. Co kupić w Tesco?
      7. Kulinarny słowniczek polsko-węgierski
  • GDZIE ZJEŚĆ NAJLEPSZEGO LANGOSZA?

ADRES: Bajcsy Zsilinszky út. przy samej stacji metra Arany János

Otóż po wnikliwym zbadaniu tematu (przede wszystkim na lokalnych forach internetowych), wiem już, że najlepszą reputacją wśród budapeszteńczyków i równocześnie niemal zerową popularnością wśród turystów (co jest dobrym znakiem) cieszy się budka z langoszami i naleśnikami o wdzięcznej nazwie Retro Büfé. Pracownicy nie mówią po angielsku, ale – ponoć od niedawna – dostępna jest angielska wersja menu, co ułatwia komunikację.
Zarówno naleśniki, jak i langosze są naprawdę przepyszne.
Ceny wahają się od 420 Ft (ok. 6 zł za langosza ze śmietaną) do 750 Ft (ok. 12 zł za langosza z sosem bolognese). Osobiście najbardziej lubię i polecam langosza ze śmietaną i tartym wędzonym serem (580 Ft =  ok. 9 zł). Oto i on:

 

 

 

 

 

 

Nadeszła już – po części opisowej – pora, by zaprosić  Państwa na krótką relację filmową. Na oczach Czytelników, którzy tym razem w roli Widzów, jem po raz pierwszy langosza w budce Retro Büfé, używając przy tym, dosyć na wyrost, przymiotnika „pyszny”. Jednak i tym razem intuicja mnie nie zawiodła – był naprawdę doskonały! ❤

 

Przepis na langosza znajdziemy TUTAJ.

  • GDZIE ZJEŚĆ WYBORNY PÖRKÖLT?

ADRES: Pesti Barnabás utca 6

Węgrzy słowem „gulasz” (gulyás) nazywają zupę gulaszową, która bywa dość pikantna, natomiast „gulasz” w polskim rozumieniu tego słowa, to pörkölt (perkelt), czyli długo gotowane mięso (różne rodzaje), cebula i słodka papryka, podlewane węgierskim czerwonym winem, przeważnie zupełnie łagodne lub bardzo delikatnie pikantne.  W każdej przyzwoitej węgierskiej restauracji dostaniemy znakomity pörkölt. Oczywiście nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby obejść wszystkie w Budapeszcie, więc polecę tę, na którą natknęłam się przez przypadek – najstarszą włosko-węgierską restaurację Pesztu, La Porta Di Taormina. Miłe, eleganckie, a zarazem przytulne wnętrze i naprawdę doskonałe jedzenie! Mój pörkölt – idealny, szlachetny, głęboki smak, wyśmienicie doprawiony, ale nie ostry – kosztował 3400 Ft (ok. 50 zł). Miałam okazję spróbować też kurczaka w delikatno-aksamitnym, nieziemsko pysznym sosie paprykowym (pollo gnochetti) – porcja za 2700 Ft (ok. 40 zł). Napoje dostaniemy tam w okolicach 1000 Ft (ok. 15 zł). Jak widać nie jest to bardzo tania restauracja, ale ceny są porównywalne ze wszystkimi innymi miejscami w centrum. Trzeba też pamiętać, że za serwis doliczają tu 13% wartości zamówienia, więc nie trzeba już zostawiać napiwków.
Poniżej przedstawiam krótki filmik znów ze swoich pierwszych kęsów (bez żadnych dokrętek 😀 ), a że aktorką jestem fatalną, tak i zagrać, że jest dobre, gdyby nie było, na pewno bym nie potrafiła! 😉

Przepis na perkelt znajdziemy TUTAJ.

  • CO KUPIĆ W CENTRALNEJ HALI TARGOWEJ?

ADRES: Vámház krt. 1-3 , Fővám tér

Powoli przeszliśmy do mojego ulubionego miejsca na kulinarnej mapie Budapesztu, czyli Centralnej Hali Targowej (Központi Vásárcsarnok Nagycsarnok). Hala jest przepiękna, ogromna i pełna tak niesamowitych i intensywnych zapachów świeżych owoców i warzyw, że za każdym razem, kiedy tam jestem żałuję, że nie dane było mi zatrzymać się w Budapeszcie na dłużej – wtedy na pewno obkupiłabym się za wszystkie czasy i gotowała na miejscu!;)
I tym razem tradycyjnie kupiłam kilka słodkich spiczastych papryk na pörkölt. W tym miejscu warto przypomnieć – bo nie wszyscy sprzedawcy na targu rozumieją angielski, – że papryka słodka to  „kápia paprika” (nie dam głowy, czy „kápia” to każda słodka papryka, czy nazwa konkretnego gatunku, ale jeśli zobaczymy taki napis, możemy być pewni, że to słodka papryka), a ostra to „csípős paprika”. Kilogram papryki kápia kosztuje prawie 600 Ft (ok. 9 zł).
 Kolejnym fascynującym mnie zakupem jest najzdrowszy tłuszcz do smażenia mięs, czyli gęsi smalec (do warzyw najzdrowszym jest olej rzepakowy – oliwa z oliwek w trakcie smażenia traci swoje właściwości, więc używajmy jej tylko do sałatek). Na większości stoisk mięsnych dostaniemy gęsi smalec bez problemu, jednak w różnych cenach. Moim ulubionym, już przy pierwszej wizycie odkrytym, jest stoisko o numerze B – VI/2. (wystarczy dojść główną drogą mniej więcej do połowy hali, skręcić w lewo, iść prosto i wypatrywać tego numeru). Gęsi smalec jest tam najtańszy, bo kilogram kosztuje 1100 Ft (ok. 16 zł). SAM_3914Zdecydowanie odkryciem tej wizyty było dla mnie nieskończenie dużo rodzajów suszonych owoców. Suszone morele, śliwki, banany, ananasy czy jabłka nie są dla nikogo zaskoczeniem, ale już suszone: papaja, mango, kiwi, pomelo czy truskawki to dopiero owocowa gratka!;)
Wszystkim wybierającym się do Budapesztu polecam serdecznie zwiedzenie Centralnej Hali Targowej i zapraszam na swoją krótką relację z wycieczki po niej!;)

  • GDZIE ZJEŚĆ NAJLEPSZE SUSHI?

ADRES: Teréz kōrút 55-57.

Jeśli jesteśmy miłośnikami sushi, a zjemy już w Budapeszcie langosza i perkelt, bardzo gorąco zachęcam do zafundowania sobie niezwykłej przygody, jaką jest odwiedzenie japońskiej restauracji Itoshii i skorzystanie z jej oferty w wersji all you can eat, czyli jesz ile chcesz. „W wersji”, ponieważ możemy też zamówić tradycyjnie z karty poszczególne pozycje lub całe zestawy. Tę możliwość jednak odstawię na bok – tak można zjeść przecież wszędzie.
Mimo że system, w którym płaci się jedną podaną z góry cenę nie jest nowością, to Itoshii była pierwszą restauracją tego typu, którą miałam ogromną przyjemność odwiedzić, więc spieszę podzielić się wrażeniami!
Trzeba pamiętać, że istnieją tu pewne zasady i chyba to, co najważniejsze, to konfrontacja naszych wyobrażeń z rzeczywistością (spokojnie, na korzyść rzeczywistości!).

  1. Maksymalny czas na zjedzenie to 2,5 h – od momentu złożenia pierwszego zamówienia do momentu uiszczenia rachunku mamy 2,5 h. Być może wbrew wyobrażeniom, to bardzo dużo czasu, naprawdę! Ja wytoczyłam się z restauracji po, trwających wieczność, dwóch godzinach! 😀
  2. Dodatkowo płacimy, jeśli… zostawimy cokolwiek na którymkolwiek talerzu (porcje są bardzo małe, więc przez całą naszą wizytę, kelner zbierze ich z naszego stolika sporo) lub zamówimy sashimi. Co do zostawiania resztek, oczywiście chrzan wasabi, imbir czy sos sojowy się nie liczą, jednak jeśli zdarzy nam się zostawić rybę, musimy za nią zapłacić ok. 300 Ft (ok.5 zł) – pomysł jak najbardziej słuszny, pomaga rozsądnie wybierać i zapobiega marnowaniu jedzenia.
    Jeśli zaś chodzi o dodatkową cenę sashimi, to zarówno kelner, jak i tablet, na którym zamawiamy, nas o tym dokładnie poinformują. Zamówienie sashimi, chyba jako jedynego dania z karty, nie koliduje z ofertą all you can eat, więc możemy je śmiało zamawiać, ale miejmy świadomość, że do naszego rachunku zostanie ono doliczone.
  3. Jeden stolik, niezależnie od tego, w ile osób go zajmiemy, musi wybrać albo all you can eat albo jedzenie z karty – co jest jedynym sensownym rozwiązaniem, bo inaczej strasznie ciężko byłoby udowodnić kto dokładnie co jadł. Reasumując, jeśli wybieramy się w kilka osób, ustalmy wcześniej jedną możliwość jedzenia.
  4. Jedna osoba jednorazowo może zamówić tylko 5 porcji – ta zasada zmartwiła i zdezorientowała mnie chyba najbardziej, ale w praktyce jest również bardzo sensowna. Ponieważ było nas dwoje, dostaliśmy limit na stolik 10 porcji jednorazowo (czyli jak się podzielisz z partnerem w kwestii liczby zamówionych porcji, to już tylko i wyłącznie wasza sprawa – w sumie możecie zamówić 10). Zamawiamy na tablecie, który jest bardzo prosty w obsłudze. Zaznaczamy podpisane obrazki i na końcu klikamy przycisk „ok” i to jest całe zamówienie, które bardzo szybko do nas dociera. Porcje, jak wspominałam, są bardzo małe. Przykładowo w innych japońskich restauracjach porcja nigiri to 2 sztuki, futo maki  6, a maki 8. W Itoshii porcja to najczęściej jedna sztuka, w przypadku futo maków 2, a maków 3. Jednak ten limit zamówienia „jednorazowego” też jest słuszny i właściwie wcale się go jakoś mocno nie odczuwa, bo już 5 minut od złożenia zamówienia, możemy zamawiać od nowa w taki sam sposób. Przeważnie w momencie, kiedy jedzenie przybędzie na nasz stół, możemy już zamawiać kolejne porcje. Ten limit pomaga nam nie przesadzić i rozsądnie ocenić nasze możliwości, żeby nie płacić potem za zostawione na talerzu resztki.
  5. Napoje także są nielimitowane – jeśli chodzi o napoje, to nie zamawiamy ich na tablecie (i nie mamy żadnych limitów jednorazowego zamówienia), tylko tradycyjnie u kelnera z podanej nam karty napojów. Wybór jest dość spory. Od wody, napojów gazowanych, soków, mrożonych herbat przez piwo i wino po ciepłe herbaty, kawy i japońską herbatę zieloną podawaną zarówno w wersji na ciepło, jak i na zimno (bardzo polecam!). Naprawdę możemy podczas całego pobytu wypić hektolitry napojów, co w przypadku restauracji jest największą oszczędnością.
  6. Możemy zamawiać nie tylko sushi – w ofercie all you can eat, restauracja Itoshii ma nie tylko sushi, ale również jedzenie na ciepło – japońską zupę miso, wyborne krążki kalmarów w cieście z doskonałym sosem, kurczaka curry z ryżem, przepyszne pierożki, obłedne kulki sezamowe, czyli spory wybór dań smażonych, z grilla, a także makaronów, ryżów i nawet sałatek. Przyjemności doświadczą więc tu również osoby, dla których sushi nie będzie pierwszym wyborem.
  7. Ceny – mamy kilka cen oferty all you can eat, w zależności od tego, kiedy z niej chcemy skorzystać. Ceny lunchowe obowiązują do g. 16.00, co oznacza, że w chwili składania zamówienia musi być przed 16.00. Jednak na pobyt w restauracji mamy oczywiście pełne 2,5 h. 😉

Oferta lunchowa:

PONIEDZIAŁEK, WTOREK do g. 16.00 – 5 180 Ft  (ok. 78 zł) / osoba

ŚRODA, CZWARTEK do g. 16.00   5 680 Ft (ok. 85 zł) / osoba

Oferta obiadowa:

PONIEDZIAŁEK, WTOREK po g. 16.00 – 6 380 Ft  (ok. 95 zł) / osoba

ŚRODA DO NIEDZIELI I W ŚWIĘTA po g. 16.00   6 880 Ft (ok. 103 zł) / osoba

Mnie udało się odwiedzić Itoshii w poniedziałek przed 16.00, więc i zjeść w najniższej cenie! Było prawie pusto (jedyny stolik zajmowali Japończycy, co zawsze jest w takiej restauracji dobrym znakiem), choć nadal miło i klimatycznie. Kelnerzy do naszej dyspozycji, nie musieli się uwijać przy pełnej sali, więc miało to same plusy. Reasumując, o ile zdarzyło mi się zjeść dość duże i perfekcyjnie przygotowane zestawy sushi za mniej, niż 78 zł, o tyle nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zupełnie się nimi najadła, a tym bardziej wypiła jeszcze kilka butelek mrożonej herbaty i zmieściła się w takiej cenie. Po prawdzie, wydaje mi się, że nawet 103 zł nie są wygórowaną ceną, biorąc pod uwagę, ile naprawdę jesteśmy tam w stanie zjeść i wypić (pamiętajmy, że w grę wchodzą także alkohole).
Także nie obawiajmy się limitów ani na jednorazowe zamówienie, ani na czas, który możemy spędzić w restauracji. Damy radę się przejeść, choć – co jest akurat w sushi bardzo przyjemne – nawet przy największym objedzeniu się nim, nie będziemy się czuć tak ciężko, jak po bardzo tłustych, smażonych potrawach.

  • GDZIE WYPIĆ NAJLEPSZĄ MROŻONĄ KAWĘ?

ADRES: Zrínyi utca 5

O kawie nie miałam pisać, bo to osobny temat, wymagający większego zgłębienia, jednak zupełnym przypadkiem natrafiłam na uroczą i klimatyczną kawiarnię, w której zaserwowano mi najlepszą mrożoną kawę, jaką piłam w życiu! Mowa mianowicie o Aurum Bistro w ścisłym centrum Budapesztu. Koszt tego nektaru kawoszy to ok. 900 Ft (ok. 14 zł). W karcie menu widziałam też – gorąco polecanego przez przemiłego kelnera – shake’a snickersowego za 1300 Ft (ok. 20 zł), którego z całą pewnością spróbuję następnym razem. O ile nie skuszę się kolejną kawę. Tak czy tak, na pewno jeszcze tu wrócę i to zapewne nie raz. Polecam z całych sił! 😉

  • CO KUPIĆ W TESCO?

Tak, pozuję z kostką rosołową na tle Tesco…

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta – absolutnie wszystko, co się da! Hala Targowa jest naprawdę warta zwiedzenia, ale proponuję skupić się w niej na świeżych i suszonych owocach oraz paprykach, smalcu i mięsach. Natomiast wszelkie węgierskie wina, UNICUM (jakiekolwiek alkohole tak naprawdę), pasty paprykowe, suszone papryki w proszku w Tesco są także certyfikowane, a zwyczajnie o połowę tańsze.
To, czego ostatnio nie udało mi się  kupić, to kostka rosołowa rybna! Nabyłam ją w trakcie tego pobytu. Oczywiście wiadomo, że kostki nie są zdrowe i że nie powinno się ich używać wcale, a jeśli już potrzebujemy, to powinniśmy ją zrobić sami (przepis na domową bulionetkę TUTAJ), jednak kostka rybna jest pewnym ewenementem i czymś na tyle dla nas egzotycznym, że warto przywieźć sobie jedno opakowanie.
Pozostając w temacie alkoholi, pamiętajmy, że w Polsce bez problemu dostaniemy bardzo dobre węgierskie wina i to nawet taniej albo w takich samych cenach. Śmiało więc możemy sobie odpuścić kupowanie Tokaja czy Byczej Krwi (doskonałe czerwone wino, idealne do perkeltu), bo są dostępne u nas (np. w bardzo dobrych cenach TUTAJ).

Doskonałe czerwone wino Bycza Krew (Egri bikavér), kupione w Polsce za 15 zł.

  • KULINARNY SŁOWNICZEK                POLSKO-WĘGIERSKI

Nie będę udawać, że umiem się po węgiersku chociaż przywitać – nie umiem. Jednak przed każdym wyjazdem robiłam sobie małą ściągę (przydatną zwłaszcza na targu), która pozwoliła mi uniknąć nieporozumień i w milczeniu wręczałam ją sprzedawcom, wskazując interesującą mnie pozycję. Pomyślałam, że warto się nią tu podzielić.

ostra papryka – csípős paprika               

łagodna papryka – kápia paprika            

suszona papryka  – szárított paprika    

SAM_3979

Mój perkelt 😉

 wino Bycza Krew – Egri bikavér 

kostka rybna – halászlékocka

gęsi smalecliba zsiradék

Smacznego! – Jó étvágyat!

Jednopalnikowa z węgierskim elektrycznym Kolegą 😉

Przepyszna dwunastka 2

Minęły równo dwa lata, od kiedy zaczęłam prowadzić Jednopalnikową. Pomyślałam, że – idąc śladem wpisu sprzed roku, który znajdziemy TUTAJ – wprowadzę nową świecką tradycję i już każde blogowe urodziny uczczę w ten sam sposób, czyli zamieszczając wpis podsumowujący cały rok i wyróżniający z każdego miesiąca jeden przepis.
Zadanie o tyle nie było dla mnie łatwe, że nie do końca wiedziałam, jakiego klucza użyć, bo przecież każdy przepis jest dla mnie ważny. Postanowiłam – tak, jak ostatnio – nie kierować się popularnością wpisów i statystykami, a tym, która potrawa z przepisów zamieszczonych w danym miesiącu sprawiła największą przyjemność mnie i moim najbliższym. Najczęściej te właśnie dania były jeszcze długo po ich podaniu mile wspominane lub/i zagościły na stałe w naszym menu!;)
Wszystkim wiernym Czytelnikom – starym i młodym stażem bardzo serdecznie dziekuję za każdy komentarz, polubienie i dobrą energię!;)

CZERWIEC 2015

Niekwestionowanym hitem ubiegłego lata były lody, bo żar niemiłosiernie lał się z nieba cały czerwiec i większą część zazwyczaj deszczowo-burzowego w Zakopanem lipca. A jednopalnikowe lody krówkowe (przepis TUTAJ) były niekwestionowanym hitem lata w moim domu. Pyszne, bajeczne, jedyne w swoim rodzaju, zawsze wzbudzające radość.

  • W czerwcu ukazał się też jeden z moich większych i najdłużej przygotowywanych wpisów otwierających nową kategorię PODRÓŻE KULINARNEΚαλή όρεξη! Fotorelacja z kulinarnej podróży po Thassos (znajdziemy go TUTAJ), czyli obszerny opis kulinarnej strony mojego pobytu na cudownej greckiej wyspie Thassos.

LIPIEC 2015

 Lipiec obfitował, z wymienionych wyżej powodów, w przeróżne chłodniki, więc i wybór jednego był skomplikowany. Zdecydowałam się na wskazanie dość popularnej zupy, bo zrobiłam ją po swojemu, inaczej i naprawdę podbiła niejedno serce, mowa mianowicie o gazpacho na pomidorkach koktajlowych (przepis TUTAJ).

SIERPIEŃ 2015

 Chodził za mną już od bardzo dawna, ale dopiero w sierpniu zeszłego roku po raz pierwszy przygotowałam tatara z łososia (przepis TUTAJ). Okazał się naprawdę doskonały!

  • W sierpniu też, również w kategorii PODRÓŻE KULINARNE, pojawił się wpis Co przywieźć z Węgier? (znajdziemy go TUTAJ).

WRZESIEŃ 2015

4 Druga połowa września to czas, w którym Jednopalnikowa ma do dyspozycji wszystkie cztery palniki i piekarnik, bo jest zawsze wtedy w rodzinnym domu, rozkoszując się strawą duchową, jaką daje jej już od 28 lat Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień. Ma palniki i z nich korzysta! W tym roku całkowicie autorskim daniem, które podbiło serca części współuczestników festiwalu, był chrupiący kurczak w cieście z czarnym sezamem duszony z melonem, dynią i mango (przepis TUTAJ).

PAŹDZIERNIK 2015

 W październiku zmierzyłam się z potrawą, z którą planowałam się zmierzyć już od bardzo, bardzo dawna – ze zrazami wołowymi zawijanymi z korniszonem, grzybami, boczkiem i musztardą francuską (przepis TUTAJ). Oczywiście zrobiłam je trochę po swojemu, ale wyszły dokładnie tak, jak chciałam!

 

LISTOPAD 2015

 Ten listopad, a dokładnie 1 listopada był dla mnie w tym roku nietypowy; z powodu przyjazdu bardzo długo niewidzianej rodziny z daleka, nie mogłam być na grobach najbliższych w swoich rodzinnych stronach i tym samym kultywować tam tradycji przygotowywanego dla innej części rodziny obfitego obiadu z zupą dyniową w roli głównej.
Stwierdziłam, że skoro okoliczności są inne, to i tym razem sama zupa (choć nadal dyniowa) też będzie inna i wymyśliłam lekko pikantny krem z dyni z pomarańczą (przepis TUTAJ). On także podbił serca moich bliskich!

GRUDZIEŃ 2015

 Na Wigilię karp będzie dla mnie zawsze pierwszą i najważniejszą rybą, ale że mi się akurat trafili najbliżsi o takich, a nie innych preferencjach kulinarnych, oprócz karpia zawsze muszę podać jeszcze jakąś „bezpieczniejszą” (cokolwiek by to znaczyło) rybę, co jest oczywiście jakimś polem do nieustannego rozwijania swojej kreatywności. Tym razem zaserwowałam pulpety z łososia z sosem koperkowym (przepis TUTAJ), które okazały się naprawdę przepyszne i bardzo lekkie, co akurat przy wigilijnym stole nie jest bez znaczenia!

STYCZEŃ 2016

 W styczniu podejmowałam u siebie pod Giewontem gościa znad Bałtyku. Podejmowałam oczywiście obiadem, więc postanowiłam kulinarnie nawiązać do obu części Polski, szykując muszle makaronowe nadziewane podgrzybkami z kurczakiem (przepis TUTAJ). Danie wyszło znakomicie!

LUTY 2016

09 Luty nieodzownie kojarzy się Jednopalnikowej z Walentynkami, niezależnie od tego, ile się musi przy tej okazji zawsze nasłuchać o „komercjalizacji świata”, „konsumpcjonizmie” czy „okazywaniu sobie uczuć na co dzień, a nie od święta”. Jednopalnikowa uwielbia święta i jak ich nie ma, to sama chętnie stwarza nowe, więc tym bardziej te, które są, darzy wielką estymą. Z okazju tegorocznych Walentynek przygotowała czekoladki snickersowe (przepis TUTAJ), które wyglądały i smakowały naprawdę wyśmienicie!

  • W lutym także w ciągle napawającym mnie dumą, rozrastającym się spisie filmów związanych z kulinariami, czyli Smakowitym seansie filmowym (który znajdziemy TUTAJ) pojawiły się dwie nowe kategorie: Menu dziecięce,  czyli animowane filmy kulinarne dla najmłodszych i nie tylko oraz Menu dla odważnych, czyli kulinarne dewiacje, serwujące głównie horrory, choć nie tylko kanibalistyczne. Spis zaczyna mieć szerokie spektrum!;)

MARZEC 2016

 W marcu podałam również chodzącą za mną od pewnego czasu przystawkę ze swoim eksperymentalnym dipem, czyli  carpaccio z buraków z dipem z koziego sera i rukoli  (przepis TUTAJ). Gościła na moim stole już na kilku proszonych podwieczorkach i zawsze była ogromną atrakcją!
KWIECIEŃ 2016

 Dopiero w kwietniu pojawił się na moim blogu wpis klasyfikujący się do kategorii z daniami regionalnymi Podhala, czyli SPOD SAMIUŚKICH TATER, w której, przyznam ze wstydem, dawno już nie umieszczałam żadnej nowej receptury. Tym razem opublikowałam przepis na kotlet Harnasia (przepis TUTAJ). Okazał się naprawdę fantastyczny!

MAJ 2016

 O chemii zawartej w kupnych kostkach rosołowych wiedzą wszyscy, jednak nie każdy wie, jak samodzielnie przygotować taką bulionetkę, która idealnie zastąpi wszelkie gotowce. Sama też nie wiedziałam, ale zrobiłam wywiad środowiskowy, uruchomiłam wyobraźnię, wyostrzyłam kubki smakowe, wynikiem czego powstał przepis na domową bulionetkę warzywno-mięsną (przepis TUTAJ). Nadal mam spory zapas w zamrażarce, co w niektórych sytuacjach ratuje kulinarne życie!;)

Drugi rok z Jednopalnikową był już kompletnie inny od pierwszego. Pojawiło się jeszcze więcej Czytelników (których liczba stale rośnie), komentarzy, sygnałów, że jest o kilka osób więcej, niż moja rodzina i najbliżsi, którym czytanie Jednopalnikowej sprawia jakąś radość i którzy naprawdę korzystają z moich przepisów (co za każdym razem mnie tak samo zaskakuje i wydaje się być czymś niezwykle miłym). Blog przestał być tylko pisaniem dla siebie i znajomych i  zaczął żyć trochę swoim życiem. Poczułam jeszcze większą odpowiedzialność z nim związaną, co mnie motywuje i niesamowicie cieszy. Nie zawsze udaje mi się publikować tak często, jak bym chciała, czasem frustruje mnie, że strona, której poświęcam najwięcej pracy, czyli Smakowity seans filmowy (TUTAJ) jest ciągle zbyt mało wyeksponowana i niewielu odbiorców do niej trafia (bądź ona sama nie trafia w ich gusta, z czym także muszę się liczyć). Jednak, niezrażona, będę pewnie z biegiem czasu dodawać kolejne strony ukazujące tematy kulinarne w różnych aspektach, bo zawsze dążę do tego, żeby przedstawić każdy temat jak najszerzej. Dziękuję Wszystkim za te dwa wspaniałe lata, za wszelkie uwagi i sugestie oraz wsparcie! Obiecuję, że Jednopalnikowa będzie się rozwijać!;)

Ciasto marchewkowe

Jeśli tęsknimy za słodyczami, a postanowiliśmy unikać zbyt dużych ilości cukru, równie dobrym, jak żurawinowo-kokosowe ciasteczka owsiane pomysłem będzie upieczenie ciasta marchewkowego. To, które wymyśliłam nie jest zbyt słodkie i przez niedawno przeze mnie odkrytą mąkę graham z pełnego przemiału, swoją konsystencją przypomina odrobinę grysik. Mnie to bardzo odpowiada, natomiast jeśli mamy pewne opory, wystarczy zamienić mąkę na zwykłą pszenną!;)

SKŁADNIKI:

– 4 spore marchewki

– szklanka cukru trzcinowego

– 4 plastry suszonego mango (lub papai)

– 200 ml oleju rzepakowego

– 4 jajka

– 2 szklanki mąki pszennej graham z pełnego przemiału (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ i TUTAJ)

– ¼ szklanki wody

– łyżeczka proszku do pieczenia

PRZYGOTOWANIE:

Marchewki umyćm obrać, zetrzeć na drobnych oczkach i zostawić. Mąkę połączyć z olejem, cukrem trzcinowym, proszkiem do pieczenia i wodą. Dodać 4 surowe żółtka, a białka ubić osobno na sztywną pianę i wlać do reszty ciasta. Dodać starte marchewki oraz zetrzeć do masy suszone owoce. Wszystko wymieszać. Włożyć do piekarnika lub garnka do pieczenia i piec 45 minut!;)

Paski warzywne z dipem curry

Poniższy przepis, to właściwie bardziej sposób podania surowych warzyw, które stanowią doskonałą i zdrową przekąskę, na którą możemy sobie zawsze pozwolić, kiedy najdzie nas ochota na małe co nieco, a jesteśmy w trakcie odstawiania lub ograniczania słodyczy i przekąsek niezdrowych. Dipy oczywiście dobrze co jakiś czas zmieniać. Nie zawsze dodaję do swojego czosnek, ale za każdym razem jest naprawdę przepyszny!  Możemy wybrać nasze ulubione warzywa, pamiętajmy jednak, że im bardziej twarde, tym lepiej będzie się nam je maczało w dipie. Tak proste, choć równocześnie zadziwiająco eleganckie podanie warzyw idealnie sprawdzi się na każdym proszonym podwieczorku i jako przystawka na każdej proszonej kolacji!;)

SKŁADNIKI:

– 4 łyżki jogurtu greckiego (tani i dobry dostaniemy TUTAJ)

– świeżo wyciśnięty ząbek czosnku

– szczypta curry

– szczypta słodkiej papryki

– szczypta suszonego imbiru

– szczypta cynamonu

– szczypta soli himalajskiej

– ulubione świeże surowe warzywa, polecam:

  • marchewkę,
  • kawałek selera naciowego,
  • pół czerwonej papryki,
  • kawałek obranej cukinii
  • kawałki umytej i pokrojonej sałaty lodowej lub jarmużu

PRZYGOTOWANIE:

Wszystkie składniki dipu wymieszać ze sobą na gładką, jednolitą masę. Warzywa umyć, te, które tego wymagają również obrać i pokroić (oprócz sałaty lub jarmużu) w jak najcieńsze paski o długości ok. 6 – 7 cm. Podawać warzywa wraz z miseczką z dipem, w którym będziemy maczać nasze warzywne paski. Przygotowywać przed samym podaniem!;)

Woda pietruszkowa na zatrzymywanie wody w organizmie

Jedną z wielu nieprzyjemnych przypadłości jest nieprawidłowa gospodarka wody w organizmie, czyli zatrzymywanie w nim wody. Objawia się w ten sposób, że zaczynamy puchnąć. Doskonałym warzywem, które nam w walce z tym problemem pomoże, jest pietruszka!  Polecam wodę pietruszkową, która jest niezwykle zdrowa i naprawdę smaczna!;)
*Pomaga, więc jest też moczopędna, o czym dobrze pamiętać, zaczynając „kurację”.

SKŁADNIKI:

– korzeń pietruszki

– natka pietruszki

– 3 l zimnej wody

PRZYGOTOWANIE:

Korzeń pietruszki umyć, obrać i drobno posiekać. Natkę pietruszki również umyć i drobno posiekać. Wrzucić wszystko do zimnej wody i zagotować. Od momentu zagotowania trzymać jeszcze na wolnym ogniu ok. 5 minut. Zdjąć z gazu i ostudzić. Przecedzić, przelać do dzbanka i popijać przez maksymalnie 2 dni. Po ich upływie wszystko powtórzyć. Cała „kuracja” powinna trwać ok. 5 dni!;)

Masło orzechowe

Jeśli lubimy masło orzechowe, najlepiej całkowicie zrezygnować z jego kupna i robić własne domowe! Jest dużo zdrowsze, w smaku identyczne z tymi najlepszymi, a całość (łącznie z myciem blendera) zajmie nam maksymalnie 15 minut. Polecam serdecznie!;)

SKŁADNIKI:

– 400 g orzeszków ziemnych solonych (tanie i dobre dostaniemy TUTAJ)

– 100 g orzeszków ziemnych niesolonych (tanie i dobre dostaniemy TUTAJ)

PRZYGOTOWANIE:

Jeśli nie posiadamy malaksera lub jakiegokolwiek zaawansowanego robota kuchennego, proponuję najpierw włożyć orzeszki do siatki (najlepiej w kilku turach) i najpierw rozbić je tłuczkiem, a potem prażyć na suchej patelni ok. 5 minut, od czasu do czasu mieszając. Następnie całą zawartość patelni wsypać do blendera i zmiksować. Ponieważ sama mam bardzo stary blender, użyłam go jedynie do zrobienia z orzeszków wióru, a sam wiór miksowałam już mikserem ręcznym na gładką masę. Czas miksowania to ok. 10 minut. Jeśli jednak posiadamy malakser, wystarczy wrzucić do niego orzeszki na 12 minut!;)

Żurawinowo-kokosowe ciasteczka owsiane

Niedawno ktoś poczęstował mnie przepysznymi kokosowymi ciasteczkami owsianymi. Dostałam na nie przepis, który odrobinę zmodyfikowałam, zmieniając niektóre składniki i dodając nowe i tym sposobem powstały kompletnie inne ciasteczka owsiane, jednak równie pyszne! Nadają się idealnie na wszelkie eleganckie przyjęcia i proszone podwieczorki, a ponieważ są zdrowe i nie zawierają zbyt wiele cukru, ucieszą nawet tych, którzy są na diecie!;)

SKŁADNIKI:

– 100 g masła

– 2 łyżki cukru

– 3 czubate łyżki cukru trzcinowego (dobry dostaniemy i TUTAJ)

– szczypta soli

– surowe jajko

– 2 szklanki płatków owsianych górskich

– ¾ szklanki mąki pszennej graham z pełnego przemiału (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ i TUTAJ)

– ¼ łyżeczki sody oczyszczonej

– ½ łyżeczki proszku do pieczenia

– 50 g wiórków kokosowych

– 50 g słonecznika łuskanego

– 80 g suszonej żurawiny (tanią i dobrą dostaniemy i TUTAJ)

PRZYGOTOWANIE:

Masło utrzeć z cukrem białym i trzcinowym na jednolity krem (najlepiej mikserem ręcznym, mieszadłami w kształcie świdrów). Dodać jajko i sól, a potem mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą oraz płatki owsiane, wiórki kokosowe, nasiona słonecznika i suszoną żurawinę. Wszystko bardzo porządnie wymieszać (nie będzie to łatwe, bo masa będzie mało kleista, jednak nie zrażajmy się tym). Formować w rękach dość małe kulki (mniej więcej wielkości orzecha włoskiego). Włożyć do piekarnika lub garnka do pieczenia na 15 minut i rozpłaszczyć nasze kulki. Jeśli używamy garnka do pieczenia, nie wpadajmy w panikę, że przez cały czas pieczenia nasze ciasteczka będą sprawiać wrażenie, że się rozpadną. Po prostu po upływie 15 minut zdejmijmy z gazu garnek do pieczenia i nie wyjmujmy z niego ciasteczek do czasu, aż on sam ostygnie. Wtedy gwarantuję, że wyciągniemy z niego pyszne, zbite ciasteczka o idealnej konsystencji!;)

Domowa bulionetka warzywno-mięsna

Za samodzielne zrobienie bulionetki do zup i sosów zabierałam się dość długo i już od dawna. W internecie można znaleźć mnóstwo przepisów, które koniec końców są do siebie dosyć podobne, więc postanowiłam się niczym nie inspirować i stworzyć swoją własną esencję idealnego rosołu, która sprawdzi się idealnie zamiast soli i kupnej kostki w większości dań.
Polecam przygotowanie bulionetki równolegle z przygotowywaniem rosołu – przed dodaniem do mięsa warzyw i soli, wykorzystajmy mięsny wywar. Jeśli chcemy, by nasza bulionetka była bardziej „uniwersalna”, czyli warzywna, bez problemu możemy pominąć dodanie do niej wywaru mięsnego.
Jeśli nie daj Boże spróbujemy naszą bulionetkę w trakcie robienia i załamiemy się ilością soli lub już na etapie czytania podana przeze mnie ilość soli nas rozjuszy, pamiętajmy proszę, że istotą bulionetki jest to, że jedynie doprawiamy nią zupę lub sos (których już niczym później nie solimy), więc musi być ona bardzo słona i intensywna. Oczywiście możemy dać mniej soli. Pamiętajmy jednak, by używać tylko soli himalajskiej!;)

SKŁADNIKI:

– mały pęczek koperku (albo pół dużego)

– mały pęczek natki pietruszki (albo pół dużego)

– pół pęczka szczypiorku

– duży por

– 0,5 selera

– 3 marchewki

– 3 pietruszki

– średnia cebula

– średnia cebula czerwona

– maleńki kawałek świeżego i obranego imbiru

– 3 duże liście laurowe

– 2 ząbki czosnku

– 3 ziela angielskie

– 5 – 7 ziarenek czarnego pieprzu

– 30 g suszonej cebuli szalotki (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ)

– 60 g suszonej włoszczyzny (tanią i dobrą dostaniemy TUTAJ)

– 15 g curry

– 15 g suszonej słodkiej papryki

– 50 g suszonego lubczyku

– 15 ml oliwy z bazylią

– 150 g soli himalajskiej (dobrą dostaniemy TUTAJ)

– 100 ml niesolonego wywaru mięsnego (najlepiej drobiowo-wołowego)

PRZYGOTOWANIE:

Koperek, natkę pietruszki, szczypiorek i pora drobno pokroić, a potem wrzucić do dużej miski. Seler, marchewki i pietruszki obrać i zetrzeć na tarce do tej samej miski. Obie cebule podpalić  na ogniu z każdej strony (ja nadziałam je na patyczek do szaszłyków i podpalałam na gazie, bezpośrednio nad rozpalonym palnikiem). Osmalone (a nawet spalone) łupiny wrzucić do miski, a obrane cebule drobno skroić i również dodać do reszty wraz ze startym na małej niewielkim kawałkiem obranego imbiru. Dodać świeżo wyciśnięty czosnek. W moździerzu rozdrobić liście laurowe, ziele angielskie i czarny pieprz. Wrzucić je do miski. Na końcu dodać jeszcze suszoną szalotkę, suszoną włoszczyznę, curry, słodką paprkę, lubczyk, oliwę, sól himalajską i niesolony wywar mięsny (jeśli mamy tylko solony, dodajmy mniej soli). Całość wymieszać w blenderze na gładką masę. Potem wlać do garnka z grubym dnem i – trzymając na wolnym ogniu – zagotować, cały czas mieszając. Gotową masę włożyć albo do pojemnika na kostki lodu w zamrażalniku (co polecam) albo do słoiczka w lodówce. Bulionetkę można trzymać w lodówce nawet kilka tygodni. Pamiętajmy też, że dzięki soli nigdy nie zamarznie w zamrażalniku zupełnie, a tam możemy ją trzymać jeszcze dłużej!;)